sobota, 30 lipca 2011
Ostatnio przyszła nowa myśl do głowy....a gdyby tak, podpisać pakt z diabłem, wziąć ten zakichany kredyt, nabyć mieszkanie, np 3 pokojowe i wynająć dwa pokoje studenciakom. Myśl cudna, mieszkasz sobie u siebie, ty jesteś szefem, a inni ci jeszcze płacą i wspierają walkę z kolejnymi ratami spłaty. Ale każda tego typu myśl w swej cudowności po niedługim czasie od pojawienia się, rodzi wątpliwości. Z tą właśnie również się tak stało. A myśli owe były treści następującej: jak długo będziesz mógł komuś wynajmować pokoje? dasz rade współżyć z hałaśliwymi żakami, którzy egzystują od imprezy do imprezy? czy w ogóle będą chętni? No właśnie. Ponoć liczba studentów maleje, a ci którzy są lub będą, dzielą się na dwie grupy: tacy którzy lecą maksymalnie po kosztach(tacy pewnie pójdą w akademik, albo byle jaką norę, którą moje mieszkanie przecież nie będzie), albo najmują dzięki kasie bogatego tatusia lokum full wypas(taki punkt widzenia naświetlił mi wcześniej tu wspomniany kuzyn, zwany też Amonem, no i brat mój rodzony niejaki M.). No i kolejny genialny pomysł upada...jak upadnie, narodzi się zapewne kolejny. Może taki w tym sens....
czwartek, 28 lipca 2011
Ciągle to samo
Nadal w tym samym miejscu, nadal bez własnego mieszkania, nadal z milionem pomysłów i obaw. Ostatnio łatwo czytałem o mieszkaniach w Hiszpanii. Zajęte przez banku, 50% faktycznej ceny, do plaży 50 metrów. Trochę daleko. Poza tym nie lubię upałów. Chociaż te wszechobecne dziewczyny w bikini mogą być sporym pozytywem. No ale, na razie jestem tutaj, przeprowadzka nie wchodzi w grę, a na polskim rynku jak było drogo, tak jest. Jeden mój przyjaciel, zwany dalej kuzynem, rzucił nawet hasłem, że w Berlinie taniej nabyć nieruchomość niż w krainie mlekiem i miodem płynącej o nazwie śląsk. Trzeba by ruszyć cztery litery i w końcu pooglądać jakieś konkrety. Może za jakieś dwa tyodnie;) Teraz czas spać.
wtorek, 26 lipca 2011
Tak sobie myślę coby pociągnąć wątek kredytów. Ustaliliśmy już jakaż to "cudowna" sprawa...zadłużasz się na 30, więcej lub mniej lat, i posiadasz własne lokum. Jednym to pasuje, innym nie, jeszcze inni nie widzą innego wyjścia. Możliwości zadłużenia się na naszym rodzimym rynku jest co nie miara: baki takie, srakie, owakie, w złotówkach czy innej walucie, na 10 do 40 lat. Ale jak wybrać najmniej bolesną opcję? Obecna sytuacja na rynku walutowym zdaje się sugerować opcję złotówkową jako bardziej bezpieczną( żaden ze mnie ekspert, pisze jedynie co mi się wydaje). No ale jak ktoś lubi śledzenie kursu walut, może bardziej podniecające będą dla niego "niezłotówkowe" wersje. Dla mnie bardziej zastanawiająca była kwestia długości czy tam czasu spłaty mojego kredytu. Do tej pory myślałem że im szybciej z głowy, tym lepiej. Tak sobie rozważając doszedłem do wniosku, że 15 lat wypruwania flaków i mieszkanie będzie moje. Proste. Ale coby się upewnić porozmawiałem na ten temat z moim wieloletnim kolegą, zwanym dalej Z., który robi wielką karierę w świecie finansów. Ów człowiek, doszedł do wniosku, ku memu zaskoczeniu, że przecie, lepiej płacić dłużej, bo rata mniejsza, a za kasę zaoszczędzoną na mniejszej racie można rozpętać biznes jakiś czy tam wpakować w fundusze inwestycyjne. Niby oczywiste, ale dla mnie nie takie jasne. To chyba tyle na dziś..
sobota, 23 lipca 2011
No więc co dalej....
Skoro już przedstawiłem swój punkt widzenia na temat mieszkań wynajmowanych warto by porozważać inne możliwości. Kupno. Prosta sprawa, szukasz, oglądasz, wybierasz najbardziej odpowiadające, najładniejsze, najwygodniejsze, największe, z najpiękniejszym widokiem z okien i w najlepszej lokalizacji.....potem tylko przelew i już jesteś na swoim. TYLKO PRZELEW( pominąłem mnóstwo innych mniej kosztownych czynności, coby nie zaciemniać obrazu tej tragicznej chwili). Jak ktoś ma pokaźnie oszczędności, tudzież spadek, bogatych rodziców, albo wygrał w totka, to nie ma sprawy. Zazdroszczę szczęśliwcom. Ale ci którzy spotykają się z mniejszą hojnością ze strony Opatrzności zapewne pomyślą KREDYT. No cóż, skłamałbym, gdybym i ja o tym nie myślał. Dziesiątki, setki razy przychodziła mi do głowy ta myśl: "Wezmę sobie kredyt. Niby niezbyt fajnie, ale przecież "wszyscy" dzisiaj żyją z kredytami i dają radę. Pracę mam w miarę dobrą i dla takich jak ja, robota się zawsze znajdzie. jakby było tragicznie, możliwości dorobienia też na chwilę obecną są spore. Więc nad czym ja się w ogóle zastanawiam?" I wtedy odzywa się ten drugi głos...właściwie nie głos, a raczej forma odczucia. Ciężkie to doznanie wiąże się ze słowem KREDYT. Generuje ono myśli w stylu:" Przez 30 lat będziesz co miesiąc pozbywał się 1/4, 1/3 swojej wypłaty? A na tą chwilę jeszcze potomstwa nie masz na karku, co będzie, gdy się pojawi? Po 20 latach spłacisz kredyt, przez kolejne 10 będziesz spłacał odsetki?? TOTALNA NIEWOLA FINANSOWA. Ktoś powie: "Za drogie mieszkanie chcesz kupić! " No może, ale mam taką fantazje, by jednak owo lokum miało przynajmniej z 3 pokoje, normalną łazienkę i kuchnie, nie tylko kącik na gary. Jeśli bym teraz kupił kawalerkę, wykładał tez co miesiąc ten 1000 zł, to wieku 45 lat byłbym posiadaczem spłaconego jednopokojowego mieszkania. Po prostu cudnie:) Późna już pora, myślę za jutro, może pojutrze zagłębie się głębiej w zagadnienie.
.
.
środa, 20 lipca 2011
Tak mnie wzięło na wspominki, jak to mieszkałem sobie z moim wieloletnim kolegą, wybitnym humanistą , niektórzy sądzą że również onanistą, niejakim P.Z. Okupowalismy przez 4 lata różne mieszkania głównie w okolicach dzielnicy Koszutka miasta Katowice. Czas był to nieZIEMSKO fajny, aczkolwiek wygoda, czystość, szeroko pojęty komofort nie były mocną stroną tamtych dni. No własnie. Jak sobie pomyśle ile nasi rodzice wpakowali pieniędzy w te wątpliwej jakości mieszkania, tylko po to by my, ich duma i gwarant przyszłości mogły studiować w stolicy Górnego Śląska, to krew mnie zalewa . Podłoga wyłożona skrzypiącymi deskami, między ktorymi gromadził sie brud z kilku ostatnich dziesięcioleci, dwie płytki na krzyż na ścianiecw łazience, rozwalające się meble w kuchni, stare okna i duże wahania temperatur zależne od aury( do tej pory pot mnie oblewa na myśl o lecie w tamtym mieszkaniu) wszędobylskie kłeby kurzu( tzw. "arizona") z którymi walczyć było nie sposób. I za te wygody 500 zł miesięcznie plus rachunki za pokój. Mój kolega P.Z. który podobnie jak i ja jest pięknym, dobrze wykształconym już nie do końca takim młodym prawie trzydziestolatkiem, mieszka w tych cudnych warunkach do dzisiaj. I podobnie jak i ja....kombinuje, co by tu począć by było lepiej.
poniedziałek, 18 lipca 2011
Dzisiaj bez polityki, bez( co się często z tym wiąże) narzekania. Na czym stoi ten "piękny", trzydziestoletni, dobrze wykształcony polak z niby świetną pracą. Może na początek zrezygnować z posiadania, na rzecz wynajmowania. Wynajmuję i ciułam. Nadejdą lepsze czasy. Trochę się pomęczę i niedługo zacznę budować dom, kupować mieszkanie. Tak sobie można rozważać. Jak się wstuka w Google hasło mieszkanie do wynajęcia, w zależności od lokalizacji, ceny mogą być obiecujące, bądź zatrważające. Warszawa, Kraków, Katowice i inne większe miasta naszego cudnego kraju, to kwoty, które niezbyt przyjemnie wyglądają. Do tego dochodzi kaucja, (czasami wielokrotność ceny najmu), niekoniecznie łatwy we współpracy właściciel i wieczna świadomość-NIE JESTEM U SIEBIE. Mała klitka przyprawiająca o klaustrofobie 20-30 m2 (jeden pokój), to koszt zwykle ok 1000 zł/miesięcznie. W stolicy zwykle kilka stówek więcej. Mnie jakoś nie podnieca taka powierzchnia. Mam za duże wymagania? Być może, ale jestem facetem wysokim i barczystym i chciałbym mieć możliwość swobodnego przeciągania się po zasłużonym śnie, nie zważając na wiszące na ścianach mojej jaskini powiedzmy dzieła sztuki nowoczesnej. Spotkałem się nawet z opinia że mieszkania o małym metrażu są obecnie modne. Okazuje się że nawet ciasnota może być w modzie;). Ja nigdy modny nie byłem, więc za takie atrakcje podziękuje. Ale jeśli komuś pasuje, bo lubi, bo mniejszy, bo mało spędza czasu w mieszkaniu, bo...coś tam jeszcze, to ok. Ceny są atrakcyjniejsze jak zdecyduje się na mieszkanie w bardziej odległej od centrów dużych miast( i znowu to akurat mi nie pasuje nie lubię wiejskich klimatów). Znalazłem np mieszkanie za 300 zł w Sosnowcu. Hmm, trochę za cudownie to brzmi. Poza tym jednak to nie moje ukochane Katowice no i Hanys w Sosnowcu...nieee( mam nadzieje że gorole wybaczą ten głęboko zakorzeniony patriotyzm lokalny). Tak wiem, jestem wybredny. Chyba zbytnio się na dzień dzisiejszy rozpisałem. Ciąg dalszy nastąpi...chyba jutro.
niedziela, 17 lipca 2011
Gdzie, co i jak....?
Tak to niestety jest w naszym wspaniałym kraju ojczyźnianym, że droga do samodzielności zdaje się trwać bez końca. Stąd chyba pomysł na tego bloga. Za chwilę "stuknie" mi trzydziecha, a ja dalej prowadzę żywot studenciaka. Odkąd wyprowadziłem się w wieku 19 lat z domu rodzinnego, mieszkam ciągle u kogoś. Stan ten ma oczywiście swoje plusy, ale większość (do której i ja należę) pragnie czegoś stałego, swojego, twierdzy, w której będzie się panem i władcą( no może na spółe z partnerką życiową;)). I tu się zaczynają schody....niestety nie do mojego wymarzonego mieszkania. A wręcz przeciwnie. Człowiek niestary( ale już nie taki młody), z wydawałoby się dobrą, odpowiedzialną, budzącą szacunek społeczny(chociaż z tym różnie) pracą i aby zdobyć, na własność swoje prywatne miejsce w świecie, proste, nieduże, musi się zadłużać na setki tysięcy. Coś chyba nie tak. Kraj w centrum Europy, prezydencja EU, cudowne przemówienia polityków...i ciągle jest jak jest. Pewnie setki, jak nie tysiące ludzi doświadczało podobnych myśli. No ale koniec politykowania. Będę się tu zastanawiał, jak zdobyć to wymarzone własne lokum: kredyt na dziesiątki lat? oszczędności przez następne 20 lat, by było stać? spadek?( na to nie liczę:)) Mam nadzieję znajdą się chętni, którzy podzielą się pomysłami. To chyba tyle na początek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)