Skoro już przedstawiłem swój punkt widzenia na temat mieszkań wynajmowanych warto by porozważać inne możliwości. Kupno. Prosta sprawa, szukasz, oglądasz, wybierasz najbardziej odpowiadające, najładniejsze, najwygodniejsze, największe, z najpiękniejszym widokiem z okien i w najlepszej lokalizacji.....potem tylko przelew i już jesteś na swoim. TYLKO PRZELEW( pominąłem mnóstwo innych mniej kosztownych czynności, coby nie zaciemniać obrazu tej tragicznej chwili). Jak ktoś ma pokaźnie oszczędności, tudzież spadek, bogatych rodziców, albo wygrał w totka, to nie ma sprawy. Zazdroszczę szczęśliwcom. Ale ci którzy spotykają się z mniejszą hojnością ze strony Opatrzności zapewne pomyślą KREDYT. No cóż, skłamałbym, gdybym i ja o tym nie myślał. Dziesiątki, setki razy przychodziła mi do głowy ta myśl: "Wezmę sobie kredyt. Niby niezbyt fajnie, ale przecież "wszyscy" dzisiaj żyją z kredytami i dają radę. Pracę mam w miarę dobrą i dla takich jak ja, robota się zawsze znajdzie. jakby było tragicznie, możliwości dorobienia też na chwilę obecną są spore. Więc nad czym ja się w ogóle zastanawiam?" I wtedy odzywa się ten drugi głos...właściwie nie głos, a raczej forma odczucia. Ciężkie to doznanie wiąże się ze słowem KREDYT. Generuje ono myśli w stylu:" Przez 30 lat będziesz co miesiąc pozbywał się 1/4, 1/3 swojej wypłaty? A na tą chwilę jeszcze potomstwa nie masz na karku, co będzie, gdy się pojawi? Po 20 latach spłacisz kredyt, przez kolejne 10 będziesz spłacał odsetki?? TOTALNA NIEWOLA FINANSOWA. Ktoś powie: "Za drogie mieszkanie chcesz kupić! " No może, ale mam taką fantazje, by jednak owo lokum miało przynajmniej z 3 pokoje, normalną łazienkę i kuchnie, nie tylko kącik na gary. Jeśli bym teraz kupił kawalerkę, wykładał tez co miesiąc ten 1000 zł, to wieku 45 lat byłbym posiadaczem spłaconego jednopokojowego mieszkania. Po prostu cudnie:) Późna już pora, myślę za jutro, może pojutrze zagłębie się głębiej w zagadnienie.
.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz